..... no i jak to się mówi "pierwsze koty za płoty", daliśmy radę kotki i ja. Nie mogłam się na nie napatrzeć, takie milusie mordeczki i wielkie ufne oczka. Biorąc pod uwagę fakt, że były uratowane od śmierci trochę zabiedzone wymagały sporej uwagi. Troszkę dzikie nieładnie pachnące, ale tak bardzo chciały żyć i rozrabiać. Jak wcześniej wspomniałam miały koci swierzb uszny, wiec przez kilka tygodni trzeba było wstawać wczesniej, przepłukać uszka, załadować maść, rozmasować i wymiziać koteczka, każdego z osobna. Kotek posłusznie poddawał sie zabiegom, natomiast kotka /kapryśna jak to dziewczyna/ darła się, drapała i gryzła. Zawijało się kociaka w ręcznik i taką drącą się mumię poddawało zabiegom leczniczym. Wieczorem to samo ... Tradycją stały się poranne i wieczorne gonitwy ku mojej rozpaczy, /jeszcze nie wiedziałam co mnie czeka gdy podrosną ;-)/ ... trzeba było łapać wszystko co mieli po drodze, a mogło się np stłuc lub rozlać. I tak małymi kroczkami uczylismy się mieszkać razem ...



